TIA

            Po dokładnie dwóch miesiącach pracy w RPA zdecydowałem się wynająć samochód, decyzja była szybka i podparta dwoma silnymi argumentami. Po pierwsze Kapsztad w końcu nawiedził solidny Cape Doctor, czyli silny południowo-wschodni wiatr, według prognozy miał się utrzymać co najmniej dziesięć dni i w związku z tym nadeszła najwyższa pora, aby stać się mobilnym i zwiedzić wszystkie lokalne spoty przy konkretnym warunku, a po drugie miałem trochę wolnej gotówki do zagospodarowania.

Wypożyczalnia samochodów znajdowała się przy stacji benzynowej jakich mnóstwo, podjechawszy na miejsce, szybko i sprawnie wypełniłem papierki, pan z wypożyczalni skserował mój paszport, prawo jazdy i pobrał należność za wypożyczenie fury, następnie cały w skowronkach odebrałem swój rydwan marzeń. Pojazd był mały, biały i azjatycki, Hyundai Atos. Warto zauważyć, że w RPA jak w wielu innych byłych koloniach brytyjskich ruch występuje po drugiej niż w Polsce stronie ulicy, co jest ciekawym urozmaiceniem. Jeździmy po lewej stronie, więc kierownica znajduje się po prawej stronie, a biegi zmieniamy lewą ręką, ponadto mój biały rumak jest pochodzenia azjatyckiego, a Azjaci lubią trochę po swojemu, to w odróżnieniu od wszystkich innych samochodów wajcha od kierunkowskazów znajduje się pod prawą dłonią. Bez zagłębiania się niepotrzebnie w niuanse afrykańskiego prawa drogowego wystarczy, że nadmienię, iż prowadzi się tu trochę inaczej niż w Europie.
            Po paru kilometrach jazdy poczułem się w sumie na tyle komfortowo, że pozwoliłem sobie na luksus włączenia radia i umilenia sobie drogi delikatnym dźwiękami muzyki klasycznej, granej przez lokalne radio. Radio to nie jedyny luksus na jaki mogłem liczyć w moim pojeździe, pędząc z zawrotną prędkością 80km/h autostradą M5 z Muizenberg’u do Table View, cieszyłem się, że samochód został wyposażony w zdobycze techniki motoryzacyjnej poprzedniego wieku takie jak: wspomaganie kierownicy, klimatyzacja i elektryczne szyby. Nie wszystkie samochody w RPA mają takie udogodnienia. Warto dopłacić za wygodę.
            W Table View umówiłem się z Laurent’em, kolegą, którego tu poznałem, przemiły Francuz, dobry instruktor i znakomity kajciarz. Było wczesne popołudnie i wiatr się dopiero zbierał, wiec machnęliśmy sobie piwko w pubie z widokiem na Górę Stołową. Po piwku przebraliśmy się w pianki, woda w Kapsztadzie niestety nie jest za ciepła, więc bez pianki 4.3 to nie ma co się za bardzo pchać do wody, rozłożyliśmy sprzęt i co tu dużo gadać, popływaliśmy. Wiało fajnie z 25 węzłów, fala taka sobie, ale mając na uwadze, że następne kilka dni będzie waliło wiatrem i ocean się na pewno rozbuja to się po prostu dobrze bawiłem i próbowałem rozpływać przed następnymi dniami. Około siódmej wieczorem skończyliśmy zabawę, spakowaliśmy sprzęt, pożegnaliśmy się i każdy oddalił się w swoją stronę. I tu moi mili zbliżamy się do sedna historii.
            Jadąc ponownie autostradą M5, w wyśmienitym humorze, snując sobie kitowe plany na następne dni – środa w Platboom, czwartek Witsands, piątek być może Scarborough, sobota na pewno Hakgaat, tak, sobota na pewno w Hakgaat – podziwiałem piękne widoki. Przejechawszy już łącznie około 50km po czarnym lądzie nabrałem na tyle pewności siebie, iż raczyłem się rock ‘n’ roll’ową muzyką płynącą z płyty zakupionej na stacji benzynowej. Wszystko szło gładko, w końcu wynająłem samochód, w końcu zwiedzałem fantastyczne spoty w legendarnym Kapsztadzie i właśnie w tym momencie bez większej przyczyny, klapa od maski mojego samochodu postanowiła przyjebać w jego przednią szybę. Zachowując zimną krew –O kurwa mać- włączyłem światła parkuj wszędzie i powoli zacząłem zjeżdżać na pobocze. Stojąc mniej więcej po środku niczego, wysiadłem z samochodu, aby obejrzeć co się właściwie stało. W sumie to nie wiem, bo nie znam się na samochodach, maska po prostu wyrwała się z zawiasów. Będąc w lekkim szoku wybrałem numer do kolegi z którym mieszkam i wytłumaczyłem mu jaka jest sytuacja, uspokoił mnie i zapewnił, że mogę spokojnie jechać dalej bez maski mówiąc mi –TIA*, wszyscy tak jeżdżą, przyjedź do domu i jakoś to ogarniemy.
Będąc z zamiłowania, a prawie z wykształcenia, fizykiem oceniłem, że przyczyną mojego nieszczęścia mogły być: a) zawrotna prędkość 90km/h, którą rozwinąłem pod wpływem skocznej muzyki i doskonałego humoru, b) wiatr wiejący prosto w front samochodu z prędkością ok. 25 węzłów, c) luźne zawiasy maski samochodu i brak sprężyny przy mechanizmie zatrzasku klapy, d) wszystkie powyższe, ale jednak c najbardziej. Z konsternacji wyrwał mnie okrzyk radości zdyszanego, biegnącego w moją stronę szczupłego, młodego chłopaka –My bruh, dzięki, że się zatrzymałeś- krzyknął. Odpowiedziałem, że nawet go nie zauważyłem, a zatrzymałem się bo mi się trochę fura zepsuła. Nie przejął się tym w ogóle i z szybkością karabinu maszynowego zaczął opowiadać –My bruh, podrzucisz mnie kawałek do przodu? Zabrakło mi benzyny w samochodzie i muszę się dostać do stacji benzynowej. W ogóle to nie powinieneś tu stać! TIA! Widzisz tamtą latarnie, tydzień temu znaleźli tam trupa. W RPA wzdłuż autostrady ciągle podrzucają, a potem znajdują trupy, musimy się stąd ruszyć! Dawaj! Jak długo jesteś w Afryce, że nie znasz takich podstaw?
-Ledwo dwa miesiące. Nie wiedziałem. Dobra, pakuj się, spadamy stąd.
David, bo tak się nazywał mój nowy towarzysz niedoli, zaczął dalej opowiadać swoją historię -Słuchaj my bruh, w ogóle to uciekam przed policją, nie uwierzysz co mi się przytrafiło- nie chciałem uwierzyć -byłem dzisiaj w pracy, a moja dziewczyna miała wolne, piła cały dzień, a od picia się jej trochę miesza w głowie, no i jak wróciłem to się na mnie rzuciła z sekatorem. Rozcięła mi łokieć!
Z łokcia faktycznie leciała mu krew. Na tym etapie historii warto sobie przypomnieć, a następnie sparafrazować słowa rodziców z dzieciństwa „Nigdy nie wsiadaj do samochodu z obcymi, nawet jak jesteś kierowcą” czy jakoś tak. David dalej relacjonował swój dzień, a ja ciągle dalej w szoku po mojej przygodzie z samochodem, powoli zdawałem sobie sprawę z tego, że jest mój nowy pasażer jest właścicielem poważnie szalonych oczu. Po dość krótkiej, choć pełnej napięcia i przypadkowych, popapranych faktów z dnia autostopowicza chwili, David poprosił mnie żebym zatrzymał się na światłach. Tak też uczyniłem. Serdecznie się ze mną pożegnał, ostrzegł mnie przed południowoafrykańskimi dziewczynami twierdząc, że są szalone, a następnie wysiadł z samochodu. W samochodzie zapanowała cisza. Wziąłem kilka głębokich wdechów, zablokowałem zamek centralny i ruszyłem przed siebie.
– TIA pełną gębą, TIA to nie żart- pomyślałem jadąc powoli do domu.

*TIA- akronim od This is Africa, wyrażenie użytego przez Leonardo di Caprio w filmie pt. „Blood Diamond”. Często używany przez moich znajomych mieszkających w RPA w celu wyrażenia swojego podziwu i zdziwienia dla nietypowych sytuacji ich spotykających. Podsumowuje i wyraża ono niedowierzanie w absurdalność, nietuzinkowość i niezwykłość zdarzeń mających miejsce w Afryce, które wedle europejskich standardów kwalifikują się do szalonych, a wedle afrykańskich do zaledwie codziennych, za razem akceptuje ich występowanie jako część życia w afrykańskim kraju.
Przykład użycia:
-Znowu nie ma prądu! Zarząd elektrowni podaje do wiadomości, że zamókł im węgiel, w lecie, w Afryce!
-TIA!

M5 Highway

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *