Wyprawa do Namibii

W listopadzie, przed tym gdy lato na dobre zawitało do RPA, wyrwałem się na dziesięciodniowe wakacje do Namibii. 

Razem z moim przyjacielem Laurentem (Francuzem na stałe mieszkającym w RPA) wyruszyliśmy z Kapsztadu samochodem na północ w poszukiwaniu fal i wiatru. 

Prawdziwy afrykański road trip podczas, którego zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże RPA, a potem malutki, południowy kawałek ogromnej Namibii. Byliśmy nieskrępowani planem. Żyliśmy z dnia na dzień ustalając, gdzie danego dnia dojedziemy dopiero o poranku przy kawie. Przystanią, do której bezustanie, ale niespiesznie zmierzaliśmy była legendarna fala Skeleton Bay położona w Walvis Bay. 

Oryginalny cel podróży uległ niestety zmianie ze względu na brak odpowiednich warunków w Skeleton Bay. Z przykrością musieliśmy obejść się smakiem. Tym razem nie było nam dane sprawdzić naszych sił na niemal dwu kilometrowej, afrykańskiej fali i sztormowym wietrze. Nasz plan uległ nagłej zmianie. Zmiany są dobre. Czasami przynoszą nieoczekiwany, ale pozytywny efekt.

Koniec końców odwiedziliśmy Lüderitz. Małe, wysmagane wiatrem, portowe miasto, które ugościło nas wiatrem o sile około 40 węzłów, doskonałymi owocami morza i wyjątkowymi widokami. Wiat okazał się na tyle silny, że akurat w trakcie naszego pobytu odbyły się coroczne windsurfingowe zawody The Lüderitz Speed Challenge. Z przyjemnością oglądaliśmy zmagania najszybszych na świecie windsurferów próbujących przebić rekord prędkości wynoszący obecnie 103,67 km/h. W tym oderwanym od znanej nam rzeczywistości miejscu zaliczyliśmy epickie sesje, zrobiliśmy grilla na pustyni, widzieliśmy dzikie zwierzęta i odwiedziliśmy miasto duchów. A najpiękniejsze w tej wyprawie okazało się, to jak elastyczni i niczym nieskrępowani byliśmy zmieniając plan adekwatnie do rytmu natury.

Z tripa powstał edit. Do krótkich nie należy i słusznymi są zarzuty, że się dłuży. Ale właśnie takie jest w moim odczuciu podróżowanie po Afryce. Bezkres przestrzeni, pełne niczego dzikie tereny i drogi proste jak drut ciągnące się po horyzont. Wrzucasz tempomat na 120 km/h. Jedziesz prosto przez wiele godzin mijając jedynie pojedynczych podróżników albo wielkie ciężarówki transportujące kopaliny. Uczucie wolności jakie daje przemierzenie setek kilometrów dziennie poprzez fantastyczne i co chwilę zmieniające się krajobrazy jest czymś czego do tej pory nie doświadczyłem. Teraz już wiem dlaczego w Afryce tak popularne są wyprawy samochodami 4×4 po interiorze. Pomimo, że się dłużą. 

Zapraszam do oglądania clipu z wyprawy. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *