Karaiby

„Jeżeli chcesz obstawiać, to graj na małe stawki, niektórzy gracze bardzo poważnie traktują kwestie wygranej czy przegranej, szczególnie z białymi. Stój raczej z brzegu niż w tłumie, w razie czego będzie ci się łatwo ulotnić, gdyby zrobiło ci się słabo albo gdybyś poczuł się niekomfortowo. Nie szpanuj telefonem, a gotówki weź tylko tyle ile potrzebujesz, powinno być w porządku, poza tym idziesz z Yoel’em, a skoro będziesz z lokalnym to nie będą cię zaczepiać. A i dla trenerów wygrana ich podopiecznego to sprawa niemal honoru.” Takie słowa przestrogi, otuchy i rady usłyszałem od Jolien, właścicielki szkółki kitesurfingowej na St Lucia, gdzie pracowałem zimą 2018/2019, gdy wspomniałem jej o moich planach na wieczór.

Okolica, przez która wieczorową porą się przemieszczaliśmy, ja na rowerze, a Yoel na piechotę, z powodzeniem mogłaby być miejscem akcji filmu opowiadającego historie z czarnego getta. Niska piętrowa zabudowa, dachy w większości pokryte sfatygowaną blachą falistą, kolorowy tynk odpadający tu i ówdzie, wąskie asfaltowe uliczki otoczone z obu stron nie chodnikiem, a odkrytym ściekiem. Przez okolice powoli przejeżdżały samochody znanych marek takich jak BMW, Lexus czy Toyota, wszystkie nadgryzione przez rdzę i czas, podobnie jak dachy domów najbiedniejszej dzielnicy Vieux Fort. Samochody mogliśmy usłyszeć z daleka, ponieważ oznajmiały swoją obecność donośnym basem, dochodzącym z subwooferów wożonych na tylnych siedzeniach i brakiem tłumika. Ciężko natomiast było je zauważyć ze względu na częsty brak przednich i tylnich świateł, kompletną ciemność panującą w środku pojazdu i przyciemniane szyby. W tej okolicy było niezwykle mało zieleni, fauna natomiast składała się głównie z psów i kotów, prawdopodobnie bezpańskich, czasem jezdnię pośród wszechobecnych śmieci przekraczał kurczak lub pośpiesznie przebiegał szczur. Weszliśmy do lokalu prowadzonego przez kobietę pochodzenia azjatyckiego. Wnętrze było jasne i schludne. W przestronnej sali stało kilka kwadratowych stołów, tylko przy jednym z nich w rogu pomieszczenia siedzieli inni goście, na ścianach wisiały obrazy nawiązujące do tematyki orientalnej, a pod sufitem leniwie obracające się wiatraki. Usiedliśmy przy długim barze z zamiarem poczekania na obsługę. Azjatka w mgnieniu oka pojawiała się przy nas z menu i zaproponowała danie dnia. Yoel zamówił smażony ryż z kurczakiem, a ja zadowoliłem się słodkim kwasem chlebowym. Za barem w centralnym miejscu pomiędzy alkoholami i zdjęciem japońskiej pagody z dumą wisiało oprawione w antyramę pozwolenie od sanepidu.

Po kolacji poszliśmy usiąść przy niewielkim skrzyżowaniu, gdzie czekaliśmy na główną atrakcję czwartkowego wieczoru. Była ósma wieczorem, mieliśmy więc przynajmniej godzinę czasu do zabicia. Przez pierwszy kwadrans chłopak łamaną angielszczyzną próbował mi wytłumaczyć zasady gry, którą wieczorem mieliśmy oglądać i w jaki sposób można obstawiać oraz zakładać się z innymi widzami. Pozostałe czterdzieści pięć minut spędziłem na obserwacji okolicy i lokalnych zwyczajów. Zaczęło pojawiać się coraz więcej osób. Wszyscy się ze sobą witali i odniosłem wrażenie, że znają się od zawsze. Każdą nowo przybyłą osobę Yoel musiał mi przedstawić i zapewnić ją, że wszystko jest cool, i że jestem z nim. Sporo osób przychodziło z plastikowymi wiaderkami. Na początku ich zawartość była dla mnie zagadką, ponieważ były to stare pojemniki po tynku, farbach czy oleju. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to handlarze, a w wiaderkach mają papierosy, trawę, bibułki, gumy do życia i zapalniczki. Mimo, że sklep był odległy jedynie o dwie przecznice, interes kwitł. Około dziewiątej dowiedziałem się, że zaraz będzie „gorąco” i, że możemy wejść w głąb wąskiej uliczki prowadzącej wzdłuż muru cmentarza, do lokalu Las Lazzlo.

Przechodząc przez bramę weszliśmy na wybrukowany plac. Na wprost bramy stał błękitny, parterowy budynek, rozmiarem niewiele przewyższającym szkolną salę, wewnątrz grała głośna muzyka. Na lewo od dyskoteki, pod dachem z blachy falistej, stał grill, gdzie dwie Murzynki serwowały grillowanego kurczaka i pieczoną wieprzowinę. Wewnątrz niebieskiego budynku, przy barze oświetlonym kolorowymi, migającymi światłami dyskotekowymi, można było zamówić u trzech czarnych barmanek piwo, heineken lub guinness’a albo szeroki wybór wysoko procentowych alkoholi: jeden rodzaj whisky i dwa rodzaje lokalnego najtańszego rumu. Muzyka była szybka i ogłuszająco głośna. Pod ścianami stało wielu mężczyzn i chłopaków. Część z nich tańczyła, solo. W całym lokalu nie było ani jednej kobiety. Na ścianie za barem wypisane zostały złote zasady obowiązujące gości Las Lazzlo. Po pierwsze, zakaz chodzenia bez koszulki. Ta zasada była powszechnie przestrzegana. Po drugie, zakaz palenia. Ta w ogóle nie była respektowana, większość odwiedzających paliła i w środku, i na zewnątrz, niedopałki lądowały gdzie bądź. Gdyby tylko komuś zabrakło papierosów w okolicy zawsze był ktoś z plastikowym wiaderkiem. Po trzecie, zakaz walenia w bar. I po czwarte, zakaz stosowania przemocy. Jednak to nie pusty parkiet i zbiór wyjątkowo moralnych zasad przyciąga tutaj tłumy w czwartkowe wieczory.

Po prawej stronie placu, wzniesiono drewnianą wiatę otoczoną metalową siatką. Wewnątrz pod sufitem wisiały trzy, świecące ostrym, białym światłem jarzeniówki. Obok nich wisiał prosty biały zegar z funkcją alarmu. Naprzeciwko wejścia w półkole stały proste trybuny, drewniane deski podparte pustakami, niewiele wyższe ode mnie. W centralnej części pod głównym  i zarazem jedynym źródłem światła znajdował się prosty ring. Otoczony niebieską, niewysoką bandą i wyłożony czerwoną wykładziną.

Na długo przed walką weszliśmy do środka przez otwór wycięty w siatce. Usiedliśmy na samym szczycie trybun, dwa metry ponad ziemią. Yoel argumentował tą decyzję najlepszym dostępnym widokiem. Z tego miejsca nawet w trakcie walki, kiedy wszyscy wstaną, będziemy mogli spokojnie oglądać zmagania. Wkrótce trybuny, a następnie każdy metr kwadratowy wokół ringu zapełnił się ludźmi. Kiedy wybiła dziewiąta trzydzieści, na ring wszedł dwumetrowy, z dredami długimi do pasa, Murzyn, trener. W rękach trzymał swojego podopiecznego.

Kogut którego trzymał był chudy, szyja i klatka piersiowa były oskubane z piór, reszta która mu została była rdzawo-czarna. Murzyn wypuścił kurczaka na ring, gdzie spokojnie mógł się przechadzać. W tym momencie Yoel zaczął mnie  instruować jak oceniać czy kogut wygra czy przegra „Patrz na to jak chodzi, czy głowę trzyma wysoko, czy nisko, czy często drapie ziemię. Generalnie zwróć uwagę na jego budowę ciała, silne nogi, wysunięta dumnie do przodu klatka piersiowa, wysoko podniesiona głowa i ogon to wskazówki, że będzie walczył zaciekle, musisz tylko ocenić czy lepiej od drugiego. Mają oskubane szyje i klatki, żeby lepiej było widać krew, większe koguty czasem pozbawione są również piór na grzbietach. Cały dzień spędziły na słońcu. Są przez to teraz bardziej rozdrażnione, a ich skóra podrażniona i delikatna”. Po tym krótkim i treściwym wstępie zacząłem oceniać możliwości bojowe pierwszego z prezentowanych kurczaków. Po chwili na ring inny treser wniósł drugiego zawodnika. On również był pozbawiony pierza w tych samych miejscach co jego przeciwnik.  Miał trochę chudsze nogi ale jego sposób chodzenia, wysoko podniesiona głowa i biało-czarne pióra zwróciły moją uwagę. Gdybym wiedział jak i gdybym miał ze sobą gotówkę to postawiłbym właśnie na niego. Gdy prezentacja drugiego koguta się zakończyła, pierwszego w tym czasie trzymał w rękach jego trener, oba kurczaki ostrożnie, ciągle trzymane w rękach, zbliżono do siebie. Momentalnie zaczęły się dziobać. Czynność powtórzono parę razy, przysuwając ptaki do siebie tylko na krótką chwilę. Kiedy nastroje na ringu były już gorące, trenerzy wyszli poza ring, a na trybunach rozpoczęły się zakłady. Zasady są proste. Wskazujesz palcem na kurczaka, na którego chcesz postawić, a następnie wzrokiem szukasz kogoś kto wskazuje na drugiego koguta. Jak znajdziesz chętnego, nie ma znaczenia czy w twojej okolicy czy po przeciwnej stronie ringu, proponujesz kwotę zakładu. Jeśli druga osoba się zgadza krzyczy „zakład”, ty odkrzykujesz „zakład” i macie zakład. Yoel właśnie w ten sposób znalazł mężczyznę po przekątnej stronie sali i postawił czterdzieści pięć dolarów wschodnio-karaibskich na rudawo-czarnego koguta. Sędzia nastawił na zegarze alarm oznaczający koniec walki, czas trwania to maksymalnie trzy minuty. Włączył syrenę piszczącą ciągłym, wysokim tonem, mającą na celu dodatkowo rozsierdzić walczące ptaki i dał sygnał do rozpoczęcia pojedynku.

Puszczone wolno na ringu nieloty od razy nastroszyły pozostawione im na szyjach i głowach pióra, po czym skoczyły do siebie agresywnie machając skrzydłami i drapiąc dogłębnie konkurenta, gdziekolwiek popadło. Gdy zwarły się w makabrycznej walce pozostawały bardzo blisko siebie, podobnie jak bokserzy, przytrzymując oponenta skrzydłem za szyję próbowały zyskać przewagę dziabiąc go wściekle. Celowały w oczy. Większość ciosów raniła grzbiet i odsłonięte szyje. Pazury szarpały skórę i pozostawiały widoczne szramy. Oba koguty krwawiły i widocznie słabły. Widownia w przeciwieństwie do ptaków coraz bardziej szalała. Zawierano nowe zakłady, krzyczano, ludzie trzymali się za głowy, machali plikami pieniędzy, ci stojący bliżej ringu uderzali otwartymi dłońmi w niebieską bandę zachęcając ptaki do walki, przez całą tą wrzawę przedzierało się donośne pianie kogutów. Trenerzy z grobowymi minami, wykonywali różne enigmatyczne gesty rękoma i wykrzykiwali komendy swoim podopiecznym. Pod wiatą zrobiło się wyraźnie cieplej, a emocji na trybunach nie były w stanie ochłodzić żadne napoje. Cały tłum niemal wrzał. Chaos przerwał rudy kurczak przysiadając na ziemi. Przewrócił się na plecy, niemrawo szorował skrzydłami po wykładzinie i wyciągał łapy w kierunku konkurenta. Na ringu zapanował stoicki spokój. Wrzawa na trybunach jakby przycichała. Zapytałem Yoela czy to koniec walki, wyglądało na to, że kogut złamał skrzydło i nie będzie walczył dalej. Biały zwycięzca dumnie, mimo odniesionych ran, przechadzał się po ringu pośród piór które obaj stracili w walce. „Tak, to koniec. Ale on nie ma złamanego skrzydła. On nie żyje. ma podcięte gardło i właśnie zdycha. Musisz uważniej obserwować” zganił i poinformował mnie. Trener z dumą i troską wziął na ręce swojego zwycięskiego wychowanka i ucałował go delikatnie w głowę, podniósł go ponad głowę i pokazał zebranym gapiom. Konającego ptaka jego trener niemal ze wstydem zabrał z ringu. Nastąpił czas na uregulowanie zakładów. Pieniądze wędrowały z rąk, do rąk. Yoel zgniótł w małą kulkę banknoty i przerzucił je przez ring do mężczyzny po drugiej stronie trybun. W duchu poczułem dumę, że kogut którego wytypowałem zwyciężył, pożałowałem, że nie postawiłem na niego pieniędzy. Kwoty jakie stawiono były przeróżne, niektóre pliki były naprawdę grube, podczas gdy za inne można by kupić co najwyżej dwa piwa. Nieopodatkowane zakłady cieszą się tu ogromną popularnością, dla niektórych są tylko rozrywką, ale dla innych to formą utrzymania siebie, a czasem całej rodzin.

Interwał między walkami to pół godziny. Każde kolejne walczące ze sobą ptaki są większe. Stawki zakładów stają się wyższe. Emocje rosną. Na placu przed wiatą, pojawiają się dziewczęta. Mój przewodnik wytłumaczył mi, że one również uważnie obserwują co się dzieje pod wiatą. Patrzą kto z jaką ilością gotówki wychodzi. „One wszystko widzą, im więcej wygrasz tym lepiej się będziesz potem bawił. „To nie są dziwki, ale wiesz, dziewczyny tutaj, one lubią nadzianych kolesi” uświadomił mnie chłopak, z którym przyszedłem.

Kolejna walka skończyła się dzwonkiem alarmu oznajmiającego koniec starcia. Oba koguty żyły. W takim wypadku sędzia ogłasza zwycięzcę. Zwycięża ten, który stoi stabilniej na dwóch łapach, trzyma wyżej głowę i jest ogólnie w lepszej kondycji. Tym razem wytypowałem złego ptaka i poczułem ulgę w związku z brakiem zakładu, Yoel wygrał i wykonywał z szerokim uśmiechem na twarzy, pokraczny taniec zwycięstwa wymachując wygraną gotówka. Walki zazwyczaj trwają do 2 nad ranem. W ostatniej, podobnie jak w boksie, biorą udział najwięksi i najagresywniejsi zawodnicy. Pożegnałem się z uradowanym chłopakiem, zbiliśmy piątkę, pożyczyłem mu szczęścia w dalszych zakładach, wsiadłem na rower i skierowałem się w stronę domu. Nadchodziły święta Bożego Narodzenia, niektóre domy były przepięknie przyozdobione lampkami. Zastanawiałem się czy za tydzień tam wrócić i czy zabrać ze sobą jakąś gotówkę.

Dom w Vieux Fort i Yoel
Ring

Jedna odpowiedź do “Karaiby”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *