Pacasmayo – Wave riding w Peru

Rozmiar ma znaczenie

Rozkołys oceanu może być imponujący na różne sposoby. Najbardziej oczywisty jest rozmiar fali w pionie. Każdy wave rider ma w pamięci swoją największą falę w życiu. Tego jednego potwora z głębin oceanu, którego udało się ujarzmić. Niezależnie od tego, czy locha była shoulder high, czy triple overhead, każdy z nas nosi i pielęgnuje w sobie wspomnienie tej jednej, jedynej, największej fali. Oczywiście, wysokość fali ma znaczenie, ale co z jej długością? Nawet największa fala kiedyś się kończy. A co gdybym Ci powiedział, że istnieje fala tak długa, że zanim zjedziesz do jej końca, to zmiękną Ci ze zmęczenia nogi? Wyobraź sobie lewą, długą na ponad kilometr falę, łamiącą się w kilku różnych sekcjach z side-offowym wiatrem. Takie właśnie jest Pacasmayo. Gdybym miał je opisać jedynym słowem (oprócz zajebiste), bez wahania powiedziałbym: bezkresne.

Pacasmayo 2024 edit

Pacasmayo

Pacasmayo jest marzeniem każdego wave ridera. Słynie ono z nieustannego, pacyficznego swellu, stałych wiatrów pasatowych i fali długiej na ponad kilometr. Maj tego roku był dla mnie wyjątkowy, ponieważ miałem przyjemność spędzić na tym kultowym spocie dwa tygodnie. Zacznę od tego, że wiatr stanął na wysokości zadania. Każdego dnia byłem na wodzie, a ocean pompował fale codzienne. Swell każdego dnia był trochę inny. Przez większość dni był shoulder/head high, a największego dnia sety wchodziły niemal double over head. Jak już wspomniałem wiało codziennie. Pływałem po równo na dwóch rozmiarach: 12m i 9m Ozone Enduro V4. Przez większość dnia łapałem fale na desce kierunkowej RRD Maquina UC 5′ 11″ o wyporności 27L. Jednego dnia musiałem się zadowolić wiatrem na folia, ale to i tak doskonały wynik jak na dwutygodniowy wyjazd na kite’a. Sam spot jest idealny do doskonalenia techniki jazdy na fali. Dzięki różnym sekcjom, w których ta fale się łamie odnajdą się tutaj zaawansowani i początkujący wave riderzy. Poza tym unikatowym doświadczeniem było tam pływać i trenować razem z profesjonalistami takimi jak: Mitu Monteiro, James Carew, Gabriel Benetton i Capucine Delannoy.

Sekcja pierwsza – Point

Fala zaczyna łamać się na cyplu (tzw. point) przy latarni na rafie/kamieniach, co sprawia, że ma idealną powtarzalność i piękny kształt. Jest to zdecydowanie najatrakcyjniejsza część fali, ale jest też z pewnością najtrudniejsza do nawigowania. Aby dopłynąć do pointu należy pokonać około 1500m pod wiatr w lini prostej od plaży skąd startuje się latawce. Wzdłuż brzegu płynie silny prąd, który wzmaga się w okolicach pointu. Prąd porusza się w tym samym kierunku co wiatr, utrudnia to trochę halsowanie się przez fale. Dystans ten można też pokonać plażą na piechotę z kitem w górze i wystartować nieco bliżej cypla. Ze względu na atrakcyjność breaku na cyplu ta sekcja przyciąga największą liczbę osób. Kite’owcy i surferzy zaciekle walczą tutaj o pierwszeństwo do brania fali. Z pointu zaczyna się dość szybka i w miarę stroma sekcja, która biegnie wzdłuż wybrzeża z ikoniczą czarno-białą latarnią. Tutaj trzeba uważać na kamienie/rafę, które w jednym miejscu wystają ponad taflę wody. Gdzieniegdzie fala close-outuje, ale przez zdecydowanie większą część jedzie jak pociąg po szynach. Po przebyciu dystansu mniej więcej czterech długości boisk do piłki nożnej fala trochę gubi kształt, a cypel i latarnia zasłaniają wiatr. Na tym etapie większość ludzi zawraca i halsuje się z powrotem na point. Około 20 m niżej z wiatrem zaczyna się kolejna sekcja.

Sekcja druga – Autostrada El Pacasmayo

Od ww. momentu fala z reef breaku przemienia się w beach break o łagodnym załamaniu. Ta sekcja jest bardzo prosta i przyjemna. Wiatr w tym miejscu zazwyczaj przyśpiesza i zmienia kierunek na bardziej side offowy. Dzięki temu możesz w tej sekcji zaparkować latawiec i próbować zrobić tyle top turnów na ile wystarczy Ci sił w nogach. Mi jednego dnia udało się zrobić 15 skrętów na jednej fali! Od osób odwiedzających Pacasmayo po raz kolejny słyszałem, że nie raz po 20 skrętach przestawali liczyć. Ta sekcja jest długa na mniej więcej 700m i łamie się ze szwajcarską precyzją. Dobrze nakreślony wałek płynnie, ale nieśpiesznie przechodzi w wypiętrzoną falę na końcu, której schowana jest kieszonka, w której można walić nawet najbardziej odjechane manewry. Przez pełną długość tej sekcji fala jest równie przewidywalna i bezpieczna. Cała ta sekcja świetnie nadaje się dla początkujących. Dla tych chcących szlifować swoje power-move’y wystarczy trzymać się bliżej krytycznej części fali. Ta autostrada kończy się po zjechaniu niemal do plaży skąd się startuje, w zależności od kierunku wiatru danego dnia, jest to najlepszy moment na zawijkę i powrót pod wiatr.

Sekcja trzecia – Niedostępny klejnot

Kolejna i ostatnia sekcja jest tak samo długa jak druga. Niestety w tym miejscu klif zaczyna zasłaniać wiatr i dalszy spływ z wiatrem może skończyć się z latawcem w wodzie. Gęste dziury w wietrze bardzo utrudniają powrót do samej plaży, nie mówiąc już o halsowaniu się. Ta sekcja zarezerwowana jest na wyjątkowe dni z odpowiednim kierunkiem wiatru.

El Dorado

Pacasmayo, to miejsce wyjątkowe z wielu względów. Wiatr, różnorodne fale, dobre jedzenie, zakwaterowanie na spocie – wszystko się tam zgadza. Fantastycznie wspominam dwa tygodnie, które tam spędziłem. Podczas tego wyjazdu miałem przyjemność poprowadzić Wave Camp. Wszyscy uczestnicy zrobili znaczne postępy. Wybieramy się tam za rok po raz kolejny i już nie mogę się doczekać czego wtedy tam doświadczymy. Z ostatniego wyjazdu i materiałów na wideo analizę zmontowałem filmik. Serdecznie zapraszam do oglądania i na wyjazd w poszukiwaniu najdłuższej fali już za rok!

Pozdrawiam
Karol Jonasik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *