Lato w Kapsztadzie dobiega końca, a razem z nim sezon kitesurfingowy. Dla mnie dzisiaj kończy się definitywne, ponieważ wieczorem wylatuję do Polski. W mój ostatni dzień w RPA chciałbym podsumować to co się wydarzyło przez ostatnie cztery miesiące.
Zacznę od tego co zawiodło. Większość szkoleń i wyjazdów niestety musiała zostać odwołana ze względu na falę wariantu Omikron. Muszę przyznać, że było to bardzo bolesne. Z drugiej strony nikt nie mówił, że rozkręcanie biznesu turystycznego w cieniu globalnej pandemii to rurki z kremem.
Jeszcze jesienią wyglądało na to, że wirus trochę odpuścił i zima wyglądała obiecująco. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w przeddzień mojego wyloty z Warszawy większość europejskich krajów zaczęła zamykać połączenia lotnicze z południem Afryki, a ja sam ledwo prześlizgnąłem się i dotarłem do RPA w zaplanowanym terminie. Poczucie bezsilności w zderzeniu z najgwałtowniejszą falą wariantu COVID było druzgoczące. Grudzień i styczeń spędziłem słuchając jak kolejne wyjazdy moich znajomych do Kapsztadu muszą być odwołane ze względu na trudności z lotami i kwarantanna po powrocie. Z tych samych powodów musiałem odwołać wszystkie styczniowe zawansowane szkolenia kitesurfingowe dla osób, które same zorganizowały swoje wyjazdy do wietrznego miasta, a mnie zatrudniły w roli przewodnika/coacha.
Jednak największy cios trafił mnie w lutym w momencie kiedy sytuacja uspokoiła się na tyle, że ostatni zaplanowany wyjazd tego sezonu, z Markiem, wydawał się już na wyciągnięcie ręki. Do ostatniego momentu wydawało się, że Trip na Fali (wyjazd w całości przeze mnie zorganizowany) dojdzie do skutku. Niestety Markowi wymagany przed przylotem do RPA test PCR wyszedł pozytywny. Musieliśmy odwołać wyjazd i tym samym sezon z punktu widzenia komercyjnego okazał się klapą.
Niepowodzenia tego sezonu kładę na karb pandemii i pomimo braku widocznych sukcesów czuję się jak wygrany. Odwołany lutowy Trip na Fali ma już nową datę w styczniu 2023r., a dzięki systemowi jaki przyjąłem, jestem w stanie zwrócić Markowi sto procent należności za wyjazd.
W tym miejscu chciałbym mu bardzo podziękować za zaufanie jakim mnie obdarzył, ponieważ jako pierwszy zdecydował się zostać uczestnikiem Tripu na Fali!

Do sukcesów i plusów minionego sezonu przede wszystkim chciałbym zaliczyć ciepłe przywitanie mojego pomysłu organizacji wyjazdów do Cape Town. Latem i jesienią przeprowadziłem wiele rozmów i czuję, że zainspirowałem kilka osób do odwiedzin Cape Town. I chociaż nie wszyscy zdecydowali się wyjechać ze mną to wiem, że potencjał Tripu na Fali jest nieograniczony, a przyszły sezon to będzie sukces.
Brak szkoleń i wyjazdów pozytywnie odbił się na moim czasie wolnym, który beztrosko spędziłem głównie w wodzie. Wiatr i fale jak zwykle stanęły na wysokości zadania. Dzięki temu miałem czas dalej szlifować swoje umiejętności i spełniać się w mojej pasji.
Na szczególną uwagę zasługuje pewien styczniowy dzień, kiedy to fale miały rozmiar dużych domków jednorodzinnych. Zjazd z małego pagórka, który się porusza to doświadczenie jedyne w sowim rodzaju i z pewności będę pamiętał to do końca życia. Uczucia jakie temu towarzyszyły są trudne do opisania. Z jednej strony strach przed potencjalnie śmiertelnymi konsekwencjami z jakimi wiązałby się upadek przed czołem kilkumetrowej fali, a z drugiej nieodparta chęć sprawdzenia siebie w tej ekstremalnej sytuacji. Uczucie absolutnej obecności w momencie zjeżdżania z fali przynajmniej dwukrotnie mnie przewyższającej, a następnie ulgi kiedy jazda się skończyła. Po wszystkim mieszane uczucia dotycząca łapania kolejnej lochy.
Tego dnia na wodzie poczułem, że wszystkie godziny, które poświęciłem na trening, wszystkie pieniądze, które wydałem na sprzęt są definitywnie tego warte, a wiatr i fala to moja pasja, której chcę poświęcić moje życie.
Czymś co sprawiło, że ten dzień stał się jeszcze bardziej wyjątkowy jest fakt, że po skończonym pływaniu fotograf Andy Troy zaproponował, że zrobi mi sesję przy zachodzie słońca, jeżeli zdecyduję się wyjść na wodę drugi raz. Takie okazje nie zdarzają się codziennie, więc bez wahania złapałem moją deskę kierunkową i wróciłem na wodę. Zdjęcia są wisienką na torcie tego cudownego dnia.



Kolejnym sukcesem jest nawiązanie paru ciekawych znajomości, które zaowocowały nowymi pomysłami. Z pewnością zaimplementuję je w moich wyjazdach. Spróbowałem freedivingu w kelp forest. Całe doświadczenie uważam za oszałamiająco ciekawe. Już teraz wiem, że nurkowanie na wstrzymanym oddechu na dobre zagości w wachlarzu moich zainteresowań. Postanowiłem się dalej rozwijać zawodowo tzn. rozpocząłem kurs w International Kiteboarding Organization na Coacha w dyscyplinie wave ridingu. Czekam na ostatni egzamin online i przed rozpoczęciem sezonu w Grecji powinienem uzyskać certyfikat. Wolny czas przeznaczyłem również na snucie marzeń i myślę, że jedno z nich zmaterializuje się przyszłą jesienią. A razem z jego realizacją myślę, że otworzy się nowy kierunek dla Tripu na Fali, który obok Kapsztadu stanie się kolejnym sposobem na przybliżenie Wam Afryki.



Krótko podsumowując południowo afrykańskie lato 2021/2022 trwające od początku grudnia do końca marca, okazało się dla mnie finansową porażką. Obdarzyło mnie za to niezliczonymi godzinami na wodzie, utwierdziło mnie w przekonaniu o słuszności obranej przez mnie drogi w życiu i przyniosło pomysły na dalszy rozwój i kolejne przygody.
Trip na Fali okazał się solidnym pomysłem, któremu nie straszna jest nawet pandemia i odwołane wyjazdy. Napawa mnie to motywacją do dalszej pracy i z optymizmem patrzę w przyszłość. Przyszły sezon z pewnością będzie równie ciekawy.
Już teraz nie mogę się doczekać powrotu do Cape Town!


